Miami i Kuba (październik 2018 r.)

Miami było także naszym ostatnim przystankiem w Stanach. Stamtąd mieliśmy lot na Kubę, gdzie spędziliśmy ostatni tydzień podróży poślubnej. Planowaliśmy się wygrzać i nacieszyć oceanem oraz palmami. W Polsce czekał nas zimny listopad. W Miami także zrobiliśmy ostatnie zakupy na amerykańskiej ziemi :).


Welcome to Miami….

Miami kojarzyło się nam ze słońcem, plażami, skąpymi strojami kąpielowymi oraz oczywiście z Miami Vice. Spędziliśmy tam 3 noce, wszystkie na South Beach. Pierwsze wrażenia? Jest brudno, głośno i wciąż słychać policyjne koguty. Po po kilku godzinach luksusowe jachty oraz kolejne „Lambo” nie robią na Tobie żadnego wrażenia. Zaczynasz je rozpatrywać w kategorii, że pomarańczowe jest ładniejsze niż zielone. Miami to z jednej strony ulice pełne bezdomnych, a z drugiej „lansiarskie” South Beach opływające w luksusie. Nie do końca czuliśmy się tam bezpiecznie.

Klimat miasta nie zachęcał nas do zwiedzania, rozczarowanie i niezbyt dobre pierwsze wrażenie nieco zabiły nasz entuzjazm i nas zniechęciły. Te kilka dni upłynęło nam na spacerach, krótkim plażowaniu i wypadzie do sklepów (Dolphin Mall, Marshall i Nordstrom). Możliwe, że to miasto ma potencjał, którego my w nim nie dostrzegliśmy. Jednak nasi znajomi, którzy odwiedzili je miesiąc wcześniej mieli o nim podobne zdanie. Nie będziemy Was jednak zniechęcać, jak wiadomo każdy musi sam ocenić dane miejsce. Może jest coś, co Wam się szczególnie spodobało w Miami – podzielcie się z nami w komentarzach.

South Beach

Z lotniska bez problemu dostaliśmy się do South Beach autobusem miejskim nr 150, co nas kosztowało 5$. Podróż trwała około 50 minut. Ocean Drive to najpopularniejsza ulica na South Beach, znajdują się przy niej luksusowe hotele, apartamenty, restauracje oraz wiele knajpek. Położona jest najbliżej plaży. W pobliżu znajdziecie także typowe amerykańskie markety (z zawyżonymi cenami) oraz liczne sklepy z pamiątkami. To iście imprezowa miejscówka, pełna turystów.

Na Florydzie przebywa oraz mieszka wielu Latynosów, głownie Kubańczycy i Meksykanie, w związku z czym wielu ludzi mówi hiszpańsku. Zdarzały się czasami takie sytuacje, że trudno nam było porozumieć się po angielsku. Kubę i Miami dzieli tylko 1,5 godzinny lot.

Tłoczna i impreza Ocean Drive

Plaże oraz ocean były według nas brudne, a wypożyczenie leżaka kosztowało bajońskie sumy (nie skusiliśmy się). Za to na każdym kroku możecie natknąć się na „happy hours” i np. za dwa ogromne drinki (niezwykle popularne w Miami) można zapłacić 25$ zamiast 50$, to na pewno Was pocieszy :).

Okulary ze zdjęcia, do dzisiaj są z nami i przypominają, nam że pierwszy miesiąc małżeństwa uczciliśmy w podróży poślubnej.

Ostatni wieczór w Ameryce uczciliśmy frytkami w Five Guys (polecamy, to sieciówka, znajdzie ją w wielu miastach) oraz burgerem przy Ocean Drive :). Tak zakończyła się nasza amerykańska przygoda, a już za chwilę czekał nas powrót do czasów PRLu.


Informacje praktyczne – Miami

  • Plaże Miami Beach są zamykane o 22. Podobno ze względu na to, iż zdarza się, że pojawiają się na nich aligatory, tak nam powiedzieli znajomi. Nie wiemy czy to prawda, czy legenda dla turystów :).
  • Polecamy napić się drinków przy Ocean Drive, często można trafić na „happy hours”.
  • Wielu ludzi mówi po hiszpańsku, czasami mieliśmy problem, aby porozumieć się po angielsku.
  • W restauracjach doliczają 20% do każdego rachunku.
  • Wypożyczenie leżaków na plaży było bardzo drogie, niestety nie pamiętamy dokładnej ceny.
  • Na plażach napotkacie charakterystyczne budki ratowników.
  • Mimo wielu patroli, które wciąż jeździły na sygnale po Miami Beach jakoś nie czuliśmy się bezpiecznie.

Co przywieźliśmy – Miami

  • dużą paczkę (1kg) M&Msów o smaku karmelowym (najlepsze!)
  • dwa duże opakowania Reese’s
  • dwie pary conversów dla Marty, białych oraz niebieskich w białe gwiazdki (te drugie były kupione w sklepie Marshall za 26$)
  • jeansy dla Marty (kupione w H&M za 8$)
  • spodenki Adidasa dla Michała (kupione w outlecie za 15$)

Warto wybrać się do outletu i polować na promocje, w cenach regularnych naszym zdaniem nie opłaca się robić zakupów. Za to promocje są w Stanach zawsze duże 🙂


Karaibski klimat – kubański tydzień

Santa Clara

Mało popularne wśród turystów miasteczko, nie wiem czy na locie rejsowym Miami-Santa Clara nie byliśmy jedynymi turystami. Za to leciało z nami wielu Kubańczyków, którzy wieźli ze sobą różne rzeczy tj.: ciasta, torty, telewizory, torby pełne ubrań…

Nielegalna taksówka z lotniska

Jeśli chodzi o nocleg nie mieliśmy żadnej rezerwacji. Chcieliśmy tylko zamieszkać w centrum. Z lotniska udaliśmy się pod adres, który znaleźliśmy na booking.com. Okazało się jednak, że nie ma żadnych wolnych pokoi. Właściciel jednak zaproponował, że zaprowadzi nas do swojej znajomej. Tam również okazało się, że w hostelu nie ma już wolnych pokoi. Jednak miała ona u siebie w domu jeszcze jeden pokój, który czasami też wynajmuje. Pokój w którym się zatrzymaliśmy był niezwykle czysty, nie było ani grama kurzu czy brudu, byliśmy pod wrażeniem. Koszt noclegu wynosił 20 CUC. Kubańczycy nie spoczną dopóki Wam nie pomogą. Brat właścicielki następnego dnia odwiózł nas na dworzec autobusowy, a sama właścicielka dowiedziała się, o której i skąd odjeżdża nasz autobus. Na Kubie wszystko załatwia się przez telefon :).
Oglądaliście kiedyś jakieś latynoskie telenowele? Ten dom wygląda jak wyjęty z telewizji. Ewidentnie ludzie w nim mieszkający byli bogaci. Śniadanie jedliśmy na kryształowych talerzach, mieli skórzane kanapy, a właścicielka rano w turbanie na głowie wydawała polecenia pomocy domowej (były tam trzy dziewczyny, jednak sprzątała, druga robiła pranie, a trzecia obsługiwała nas przy śniadaniu).

Główny plac w Santa Clara

Na środku miasteczka znajdował się niewielki rynek. Mieszkańcy wieczorem przesiadywali na ławkach, aby znaleźć zasięg Internetu lub w pobliskiej knajpce popijając piwo lub drinki. Bardzo nam się podobał ten wieczór, nikt nie był nachalny, wszyscy byli niezwykle uśmiechnięci i widać, że cieszył ich czas spędzany wspólnie.

Cayo Santa Maria

Jest to enklawa, do której mają wstęp tylko turyści z zarezerwowanymi noclegami oraz pracownicy. Kubańczycy w Santa Clara określili to miejsce jako raj. Spaliśmy w hotelu Starfish Cayo Santa Maria z opcją all inclusive, wydaje się nam, że innych opcji niż all inclusive nie ma wśród hoteli na półwyspie. Rezerwacji dokonaliśmy przez bookig.com. Na półwysep dotarliśmy lokalnym autobusem z Santa Clara, bilet kosztował 14 CUC od osoby.

Kasa na dworcu autobusowym

Jedzenie w hotelu było bardzo smaczne, czystość i serwis sprzątania na średnim poziomie, jednak bez tragedii. Niestety na terenie hotelu oraz w pokoju ze względu na klimat zdarzyło się nam spotkać ogromne karaluchy – znów spaliśmy przy zapalonym świetle tak jak na Bermudach.

Były na szczęście też takie stworzonka

Hotel miał w pakiecie animacje, co wieczór były organizowane rozrywki dla gości hotelowych, w ciągu dnia, również nie brakowała różnych atrakcji. Było to dla nas miłą odskocznią :), jednak 4 noce w zupełności nam wystarczyły.

Dni spędzaliśmy nad basenem popijając pinacoladę, nadrabiając czytanie, grając w siatkówkę i włączając się do różnych zabaw. Basen był świetny i nic mu nie brakowało, hotelowa plaża za to była ogromnym rozczarowaniem. Ocean z daleka wyglądał przecudnie, jednak gdy wybraliśmy się na plażę, napotkaliśmy na niej mnóstwo glonów i innych roślin, które na brzeg wyrzucił ocean, a które śmierdziały niemiłosiernie. Plaża nie była sprzątana, ponieważ jak powiedział nam personel jest „low season” ☹.

Widok na ocean z naszego pokoju

Hotelowa plaża

Daleko od brzegu wygląda całkiem nieźle

Jednego dnia wybraliśmy się na pobliski market, w celu zakupienia magnesów oraz drobnych pamiątek. Było to kilka straganów w pobliżu hotelu, gdzie można było dojechać hotelowym meleksem. Niektóre rzeczy były naprawdę przepiękne, jednak naszym zdaniem ze względu na kompleks hoteli w pobliżu ceny były zawyżone.

Musimy dodać też ważną rzecz, naszym zdaniem jeśli ktoś był na Kubie i urlop spędził w takim hotelu, to tak jakby na Kubie nie był wcale. W hotelach niczego nie brakuje, jest szeroki wybór alkoholi, napoi gazowanych, różnorodne jedzenie, kosmetyki w pokojach, a nawet biały papier toaletowy, którego nigdzie wcześniej, ani później na Kubie nie widzieliśmy. Prawdziwa Kuba zaczyna się poza hotelami.

Wyprawa na ryby (Michał)

Będąc jeszcze w Polsce zaplanowałem, że na Kubie wybiorę się na ryby. Marta ze względu na chorobę morską, została na lądzie (na Phuket wybrała się ze mną i nie wspomina tego najlepiej). Wycieczkę zarezerwowałem w hotelu, warunkiem było zebranie 5 chętnych osób. Na szczęście poznaliśmy już pierwszego dnia sympatycznych Kanadyjczyków, którzy podzielili tę przygodę ze mną.

Wyprawa kosztowała  66 CUC od osoby. Wyjazd z hotelu był o godzinie 7:00, biuro w którym dokonywaliśmy rezerwacji podstawiło busa, który zawiózł nas do mariny. Z mariny można było wypłynąć na połów, a także na wycieczki katamaranem czy nurkowanie. Wypłynęliśmy ok godziny 8:00, cały rejs miał trwać ok. 4 godzin. Na statku byłem razem z czwórką Kanadyjczyków oraz dwiema osobami z załogi (szyprem i pomocnikiem). Metodą połowu był trolling, pomocnik w międzyczasie rozłożył 6 wędek z przywieszkami imitującymi ryby (4 na dolnym pokładzie i 2 na górnym).

Podczas całego rejsu dostępne były napoje alkoholowe (rum, whisky oraz piwo Cristal), co bardzo ucieszyło moich kompanów. W tracie całej wyprawy pomocnik szypra powiedział, że poszło ok 70 sztuk Cristala. Chciałbym dodać, że ja wypiłem tylko dwa :). Kanadyjczycy wypili ok. 68 sztuk piwka 0,33l! Wracając do ryb, udało się nam złowić 5 barrakud na cały połów (2 większe i 3  mniejsze). Ja złowiłem 1 sztukę, która miała ok. 5 kg. Ryby zostawiliśmy załodze, mówili, że wezmą do domu i podzielą się z rodziną. Co mi zapadnie w pamięć z tego połowu, to zdecydowanie barrakuda, z którą walczyłem kilka minut, niesamowicie miła załoga oraz Kanadyjczycy z Cristalem w ręku 🙂

Hawana

Stolicę wyspy zwiedzaliśmy niespiesznie spacerując oraz wsiadając i wysiadając z autobusów Hop On and Hop Off. Pierwszy raz wybraliśmy taką formę zwiedzania miasta. Poruszanie się po Hawanie jest utrudnione, hawańska komunikacja miejska to jest dla nas zagadka, a taksówki oraz wypożyczenie starego amerykańskiego samochodu wykluczyliśmy ze względu na koszty.

Bilet na turystyczny autobus (dużą pętlę) kosztował 10 CUC od osoby.

W Hawanie widzieliśmy:

  • budynek Kapitolu,

  • bramę dawnej dzielnicy chińskiej,
  • Starą Hawanę (w tym także przystanki na trasie autobusu m.in. Uniwersytet, najpopularniejsze hotele, akwarium – niestety było nieczynne, cmentarz Necrópolis Cristóbal Colón),

Uniwersytet w Hawanie

Opuszczone i zaniedbane budynki w Starej Hawanie

Były też ładne i zadbane miejsca

  • Plac Rewolucji,

  • Malecón, czyli promenadę wzdłuż wybrzeża, polecamy tamtędy pospacerować, jedno z fajniejszych miejsc według nas.

Wielu lokalsów łowi ryby wzdłuż promenady.
Hawana jest pełna turystów i jest w niej wiele turystycznych miejsc, które mają zawyżone ceny. Spaliśmy w jej starej części, budynki są tam zaniedbane i obdrapane, często nie ma chodników i jest duszno od spalin. Wiele mieszkań nie ma okien, są tylko kraty. Ludzie mimo tego są uśmiechnięci i pomocni.

Kiedy dotarliśmy pod budynek, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg, okazało się, że drzwi są zamknięte. Od razu podszedł do nas Kubańczyk, który zapytał czego szukamy. Ze swojego telefonu zadzwonił pod numer, który mieliśmy w potwierdzeniu rezerwacji i po hiszpańsku wytłumaczył całą sytuację. Dzięki temu osoba, która czekała w mieszkaniu, a był to ojciec właścicielki, który co kilka minut sprawdzał, czy nie ma nas na dole- podróż autobusem nieco się opóźniła, zszedł po nas i zaprowadził nas do mieszkania. Miała czekać na nas koleżanka właścicielki, która mówi trochę po angielsku, jednak zamiast niej był tylko starszy pan, który nie znał po angielsku ani słowa. Na migi udało nam się porozumieć. Chociaż do dzisiaj nie jesteśmy pewni, czy dobrze zrozumieliśmy, że nie wolno wyrzucać papieru toaletowego do wc :).


Informacje praktyczne – Kuba

  • Ludzie na Kubie byli bardzo mili, chociaż większość z nich ni w ząb nie mówiła po angielsku. Często musieliśmy porozumiewać się na migi (nie licząc hotelu, chociaż i tam część mówiła tylko po hiszpańsku).
  • Prócz oznaczonych taksówek, często możecie spotkać się z nieoznaczonymi samochodami i kierowcami proponującymi przejazd. Podobno są one nielegalne, jednak o wiele tańsze (my korzystaliśmy tylko z takich).
  • Na lotnisku prawie w ogóle nas nie sprawdzali, mimo że przylecieliśmy z Miami, jednak Kubańczycy i Amerykanie byli poddawani skrupulatnym kontrolom.
  • Kubańczycy są bardzo zorganizowani, gdy śpicie w tzw. casa particulares, to jest pewne, że jakiś brat/kuzyn/sąsiad ma restaurację lub jest taksówkarzem i wszystko jesteście w stanie sobie „załatwić” nie ruszając się z miejsca.
  • Po wyspie polecamy przemieszczać się lokalnymi autobusami – Viazul, bilety można kupić przez Internet lub na dworcach autobusowych.
  • Na Kubie wi-fi nie jest powszechnie dostępne, nawet w hotelu, aby skorzystać z Internetu musicie kupić kartę zdrapkę. W miastach na placach, gdzie jest największy tłum jest Internet. Gdy tam będzie na pewno ktoś do Was podejdzie i będziecie mogli kupić kartę. W hotelu 1 godzina kosztowała 1 CUC, w Hawanie 2 CUC.
  • Lotnisko ma dwa terminale międzynarodowe. Dojazd z centrum kosztował nas 20 CUC, jednak na miejscu okazało się, że nasz lot do Monachium jest z drugiego terminalu. By się tam dostać musicie wziąć taksówkę, która kosztuje 10 CUC (1,5km). Udało się nam ten koszt podzielić z sympatycznym Niemcem, który również nie wiedział o drugim terminalu.
  • Z naszego terminalu odlatywały w sumie 3 samoloty. Wszystkie były opóźnione, z przyczyn sobie tylko znanych. Był to mniejszy terminal, nie znajdźcie tam miejsca do foliowania bagażu, były za to trzy malutkie sklepy i dwie knajpki (wszędzie to samo, ale ceny różne), a w toalecie papier pani wydawała na listki :).
  • Kubańczycy nigdzie się nie spieszą, ani na lotnisku, ani w sklepie, ani w hotelu. Musicie się przyzwyczaić, że to co w Europie trwa chwilę, tam będzie trwało dwa albo trzy raz dłużej.

Co przywieźliśmy – Kuba

  • opakowanie cygar
  • 4 butelki rumu Havana Club (polecamy do daiquiri, w Polsce te drinki przypominały nam kubańską przygodę 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *