Plażowanie oraz historia pewnego kokosa (Phuket, czerwiec 2017 r.)

Pora na przedostatni przystanek podczas naszej krótkiej wyprawy do Azji, czyli wyspę Phuket. Przedostatni, ponieważ dwie ostatnie noce przed wylotem do Polski spędziliśmy ponownie w Bangkoku. Na wyspie wylądowaliśmy lecąc z Siem Reap w Kambodży. Nie nastawialiśmy się na zwiedzanie. Planowaliśmy plażowanie, relaks i naładowanie baterii po wcześniejszym zwiedzaniu, a także nabranie sił na Bangkok, którego zwiedzanie było jeszcze przed nami.


Kata Beach

Po opisach i zdjęciach znalezionych w Internecie oraz dokładnym obejrzeniu mapy wyspy wybraliśmy plażę Kata. Był to strzał w dziesiątkę! Plaża była czysta, piękna i niezbyt tłoczna. W pobliżu było sporo straganów, sklepików i restauracji, a także kilka naszych ulubionych sklepów 7-eleven. Jedyne czego nie było to imprezy, ale akurat tego nie poszukiwaliśmy ;). Nie mieliśmy wcześniej zarezerwowanego noclegu, po dotarciu lokalnym autobusem (koszt 200 THB od osoby) w pobliże plaży, ostatecznie znaleźliśmy nocleg w CHOOPHORN HOUSE (koszt noclegu za 4 noce, za pokój dwuosobowy ze śniadaniem to 2000 THB). Pierwszą noc spędziliśmy w innym pokoju (400 THB), który nie przypadł nam do gustu, więc na kolejne 4 się przenieśliśmy. Cena w CHOOPHORN HOUSE na miejscu była korzystniejsza niż np. przez Booking.com.

Nasze dni upływały nam głównie na spacerach oraz plażowaniu. Opalaliśmy się, czytaliśmy książki i kąpaliśmy w najcieplejszym morzu jakie do tej pory mieliśmy okazje poznać. Upał na plaży był nie do wytrzymania, dlatego za każdym razem wypożyczaliśmy dwa leżaki oraz parasol, koszt wypożyczenia takiego zestawu to było 200 THB. Zdecydowanie milej wtedy spędzało się dzień na plaży :). Jednego dnia udaliśmy się na tajski masaż. Nie było to miłe mizianie, czasami naprawdę bolało, jednak po samym masażu poczuliśmy się znaczenie lepiej. Cena masażu dla dwóch osób to było 540 THB.

 

Hostelowe śniadanie, jedzenie ze straganu

Wieczorami oraz w ciągu dnia w pobliżu głównej ulicy rozkładało się sporo stoisk z jedzeniem. Można było zjeść krewetki w panierce, świeże sushi, różnego rodzaju mięsne szaszłyki czy też wypić sporego drinka podawanego w wiaderku. Jeśli jednak nie macie ochoty na jedzenie z lokalnych straganów (do czego mimo wszystko zachęcamy!) to znajdziecie również sporo knajpek i restauracji w różnym przedziale cenowym.


Historia pewnego kokosa

Przedostatniego dnia naszego pobytu na wyspie, czekał mnie dzień ogromnych niespodzianek i wrażeń. W ten dzień byliśmy nastawieni na ostatnie plażowanie, ponieważ ostatnią noc na Phuket mieliśmy spędzić w Phuket Town, ze względu na jego bliskość do lotniska. Jak zwykle co rano udaliśmy się na plażę, wypożyczyliśmy leżaki i cieszyliśmy się ostatnim dniem leniuchowania. Gdy rozłożyliśmy się na leżakach, Michał po dłuższej chwili zaczął mnie, co jakiś czas pytać, czy mam ochotę na wodę z kokosa. Przez najbliższe kilka godzin miałam mu odmawiać, utrudniając jego plan ?. Większość czasu czytałam książkę na leżaku, a Michał niecierpliwił się obok mnie, gdy ja wciąż nie miałam ochoty na wodę kokosową…

Co było dziwne nie chciał się iść kąpać. Mój wtedy jeszcze nie mąż zazwyczaj nie wychodzi z wody, jednak tego dnia, upatrzyłam sobie koszyk na owoce w kształcie słonia, który miałam zamiar kupić od kobiety sprzedającej je na plaży. Jak na złość w momencie, gdy się zdecydowałam na zakup, kobieta zniknęła na jakieś 2 godziny. Michał cały czas pilnował swojej saszetki-nerki jak oka w głowie. W pewnym momencie zniknął w miasteczku na prawie godzinę, jednak ja zaczytana w książce nie zauważyłam, że upłynęło tak dużo czasu. Jak się później okazało poszedł załatwić dwie sprawy. Po pierwsze szukał koszyka słonia, by mógł iść bez obaw, że zajrzę do „nerki” po pieniądze iść się wykąpać. Po drugie, żeby przy okazji wymienić swoje zaskórniaki. Niestety nie udało mu się odnaleźć sprzedawczyni. Wreszcie po długim czasie wróciła pani z koszykami, dokonaliśmy zakupu, a Michał z ulgą udał się uczyć pływać na desce surfingowej oraz zażyć pierwszej tego dnia kąpieli w morzu. Gdy wrócił po tych atrakcjach, ja nareszcie wyraziłam chęć na kokosa ;). Poszedł go kupić i wrócił z portfelem w jednej ręce, słomkami w zębach i kokosem w drugiej. Mówi, otwórz go, bo pan tak przykrył że jedną ręką nie dałem rady. Otworzyłam i jak się okazało był to NAJFAJNIESZY kokos jakiego w życiu widziałam, chociaż nie wypiłam z niego ani kropli wody ;).

Tak, w kokosie był pierścionek zaręczynowy. Na tej pięknej rajskiej wyspie, Michał mi się oświadczył, to tam postanowiliśmy, że we wrześniu 2018 roku powiemy sobie „TAK”. Tam również po raz pierwszy padł pomysł, że w podróż poślubną polecimy do Stanów Zjednoczonych. Dopiero później ten pomysł się rozrastał do podróży, którą odbyliśmy. Po powrocie z plaży, w pokoju czekał na mnie jeszcze bukiet róż (Michał musiał się sporo natrudzić, żeby zdobyć kwiaty – najbliższa kwiaciarnia była ok 3 km od hostelu), a mój już wtedy narzeczony zabrał mnie wieczorem na elegancką kolację, na której po raz pierwszy w życiu jedliśmy rekina (PRZEPSZYNY!) oraz kraba (bardzo przeciętny). Była to zarazem najdroższa i w sumie najmniej smaczna kolacja jaką zjedliśmy podczas  naszego pobytu w Azji :P.

Jak się później okazało, pierścionek został zakupiony dzień przed naszym odlotem i został ukryty w kulce ze skarpetek. Podróżował z nami od prawie 2 tygodni. Z tego też powodu Michał notorycznie mi zabraniał grzebać w jego plecaku, żeby nie robić rzekomo bałaganu, a tak naprawdę bał się, że znajdę niespodziankę. I tak właśnie zaczęła się droga do „Głowackich” 😉

 

Drink z wiaderka oraz zaręczynowa kolacja zupa Tom Yum

 

Zaręczynowa kolacja krab oraz rekin


Wyprawa na ryby

Marina

Michał i jedna ze złowionych przez niego ryb

Ja śpiąca w trakcie wycieczki 😛

Widoki z kutra

Lunch na łodzi

Podczas naszego pobytu na wyspie, mój mąż zapalony wędkarz namówił mnie jeszcze na wyprawę na ryby. Była to płatna wycieczka, którą kupiliśmy w jednej z miejscowych agencji. Za dwie osoby w tym jedną łowiącą, a drugą nie (czyli mnie) zapłaciliśmy po negocjacjach 1800 THB. Przed zakupem byliśmy w kilku miejscach pytając o cenę i wybraliśmy najatrakcyjniejszą ofertę, oczywiście jeszcze się targując :). Cena zawierała odbiór nas spod hostelu i odwiezienie w to samo miejsce, sprzęt do łowienia ryb, lunch i napoje bez ograniczeń. Ponadto udostępniono nam sprzęt do snorkelingu w trakcie przerwy na posiłek.

Dla mnie to nie była miła wycieczka, ponieważ większość czasu przespałam źle się czując. Otwarte morze to nie jest moje ulubione miejsce na ziemi. Michał był jednak zachwycony! W dodatku mogliśmy zabrać rybę, którą złowił. Naszą zdobycz za drobną opłatą (200 THB), przygotował nam na grillu właściciel pensjonatu i zjedliśmy ją na kolację razem z pysznymi sosami.

Udana kolacja po połowie 🙂


Co warto zobaczyć:

  • Big Buddha 
  • Wat Chalong
  • Sarasin Bridge
  • Phuket Town

Jednego dnia postawiliśmy jednak ruszyć tyłki z plaży i wypożyczyć skuter, aby zobaczyć kawałek wyspy (koszt wypożyczenie skutera na cały dzień to 300 THB+200THB, które wydaliśmy na paliwo). Pojazd wypożyczyliśmy w naszym pensjonacie, ponieważ wszędzie indziej wymagali od nas pozostawienia paszportów w zastaw, a tego nie chcieliśmy zrobić.

Wielki Budda

Pierwszym punktem wycieczki był Big Buddha, wjazd pod górkę to była prawdziwa uczta dla oczu, widoki były cudowne. Posąg mierzy, aż 45 m i jest symbolem wyspy, można go dostrzec z wielu jej miejsc. Zbudowano wokół niego platformę, z której można podziwiać przepiękne widoki. Wstęp jest za darmo. Jest to dla Tajów miejsce święte, dlatego też wymagany jest odpowiedni strój – zakryte: ramiona, dekolt, plecy, brzuch i kolana. Warto zabrać ze sobą chustę, żeby zawiązać ją wokół pasa i zakryć kolana, jeśli będziecie miały krótkie spodenki. Przed wejściem na teren wokół Wielkiego Buddy można również wypożyczyć sarong, aby się okryć. Ruch jest jednostronny, jedną stroną się wchodzi inną schodzi. Jak już będziecie schodzić uważajcie, na terenie grasują małpy, które kradną napoje, a czasami nawet aparaty i kamery, trzymajcie wszystko mocno!

Wielki Budda i widoki z platformy

Grasujące małpy 😉


Wat Chalong

Następnie udaliśmy się Wat Chalong, bardzo ładnej świątyni. Jednak tłumy turystów bardzo szybko nas zniechęciły. Wat Chalong jest najważniejszą buddyjską świątynią na terenie wyspy, jest ona znana z licznych uzdrowień.

 

Sarasin Bridge

Słonie na drodze!

Kolejny punkt był to Sarasin Bridge, który łączy wyspę ze stałym lądem. Zaparkowaliśmy skuter, pospacerowaliśmy po moście, zjedliśmy przepysznego i zimnego ananasa, poobserwowaliśmy pana, który łowił ryby i udaliśmy się w drogę powrotną. W trakcie której, przy jednej z dróg zauważyłam znak „uwaga słonie”.

Mówię do Michała jedź ostrożnie, na drodze można spotkać słonie, na co on mówi, co ty mówisz, to niemożliwe. Wtem zza zakrętu pod górę wchodzi kilka słoni, drogą, wśród aut i skuterów. Czasami warto patrzeć na znaki 😉

 

Sarasin Bridge

Plaże

W drodze powrotnej z Sarasin Bridge do hostelu stwierdziliśmy, że chcemy zobaczyć plaże, które zostały przez nas odrzucone. Zatrzymywaliśmy się na różnych plażach, aby w trakcie tych przerw się wykąpać i chwilę odpocząć. W ten sposób odwiedziliśmy następujące miejsca:

  • Naiyang Beach
  • Bang Thao Beach
  • Surin Beach
  • Kamala Beach
  • Patong Beach

     

Brudna plaża Patong z pięknym widokiem na zachód słońca

Zdjęcia przedstawiają poszczególne plaże. Naiyang Beach znajduje się blisko lotniska. Podobała się nam również Kamala Beach, ją  jako drugą braliśmy pod uwagę, gdy zastanawialiśmy się w jakim miejscu się zatrzymać. Najbrzydsza i zarazem najbrudniejsza była Patong Beach, jest to najbardziej imprezowe miejsce znane na całej wyspie, pełne turystów i głośnej muzyki. Jeśli szukacie przede wszystkim odpoczynku, to zdecydowanie odradzam spędzenia tam urlopu ?.

Phuket Town 

 

Phuket Town to urokliwe miasteczko z pięknymi pastelowymi budynkami, często zdobionymi na zewnątrz. Zamiast chodników przed budynkami niekiedy ułożone są piękne kolorowe płytki. Wygląda jakby czas się tam zatrzymał. Warto przespacerować się po przypadkowych uliczkach, aby poczuć jego klimat. Można również znaleźć w nim galerie handlową ze znanymi w Polsce sieciówkami takimi jak McDonalds i Starbucks.

Odpoczynek w klimatyzowanej galerii handlowej

My nasz spacer urozmaicaliśmy pijąc świeże soki owocowe i przepyszne shaki, kupowane na przypadkowych straganach. Był nieziemski upał, więc od czasu do czasu chroniliśmy się w klimatyzowanych sklepach. Z Phuket Town następnego dnia około godziny 6 rano jechaliśmy autobusem na lotnisko. Radzimy sprawdzić dzień wcześniej z jakiego miejsca najbliżej Waszego hostelu/hotelu odjeżdża autobus, aby rano uniknąć nerwówki i móc pospać chociaż 5 minut dłużej, jeżeli oczywiście zamierzacie dostać się na lotnisko autobusem.

  

Jedzenie w Phuket Town – spring rolls, sajgonki, shaki


Informacje praktyczne:

  • z lotniska bez problemu na większość plaż dostaniecie się miejscowym busem
  • Miasto Phuket Town leży ok 1h od lotniska i bez problemu dostaniecie się z niego na poranny lot, lokalnym autobusem (koszt to 100 THB od osoby)
  • by wymienić pieniądze w kantorze, będziecie musieli pokazać paszport
  • najlepiej wymieniać dolary amerykańskie, jak najnowsze o nominale 100, wtedy dostaniecie w wielu miejscach lepszy kurs
  • zaopatrzcie się w 7-eleven w ichniejszy spray na komary
  • przed wypożyczeniem skutera, warto zrobić mu zdjęcia z każdej strony, w razie gdyby miał wcześniej jakieś uszkodzenia lub rysy
  • żeby wypożyczyć skuter bardzo często Tajowie chcą, żeby zostawić w zastaw paszport, warto wypożyczyć skuter w miejscu, w którym będziecie nocować, lub mieć ze sobą kilka zestawów kserokopii paszportu, by nie zostawiać oryginalnego dokumentu
  • drobne artykuły spożywcze/słodycze/lody/napoje bez problemu kupicie w 7-eleven
  • dojazd z Kata Beach do Phuket Town to był koszt 40 THB za osobę

Co przywieźliśmy:

  • magnesy
  • cukierki o smaku duriana
  • zielone herbaty w różnych smakach
  • przyprawy (m.in. suszone ostre chili)
  • mydełka w kształcie i o zapachu mango/ananasa
  • tajskie pasty do zębów (soloną i wybielającą)
  • maseczki w płachcie (m.in. owocowe, z aloesem, śluzem ze ślimaka i kolagenem)
  • 100% aloes w żelu, idealny po opalaniu

Na Phuket kąpaliśmy się jak do tej pory w najcieplejszym morzu w życiu, Morzu Andamańskim. Było tam również najgoręcej. Do dzisiaj wyspa ta kojarzy mi się z najlepszym sushi jakie jadłam w życiu i najpyszniejszą rybą, którą zresztą złowił mój wtedy nie mąż ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *