Pociągiem przez pola ryżowe (Siem Reap, Angkor Wat, czerwiec 2017 r.)

Gdy już wiedzieliśmy, że lecimy do Bangkoku, Michał zaproponował, żebyśmy przy okazji pojechali do Siem Reap w Kambodży, aby zwiedzić Angkor Wat. Plan był taki, że pojedziemy z Bangkoku pociągiem, aby móc po drodze podziwiać pola ryżowe i inne piękne widoki. Słyszeliśmy również, że przekroczenie granicy w Poipet, to przygoda sama w sobie. Musieliśmy więc spróbować!

 

                                Stacja Hua Lamphong w Bangkoku


Jak spróbować nie dać się oszukać na granicy (Poipet)

Pierwszy przystanek

Pociąg z Bangkoku rusza codziennie o 5:55, ze stacji Hua Lamphong, do stacji końcowej Aranyaprathet. Koszt biletu to 50 THB. Jechaliśmy nim około 5h. Wysiedliśmy na ostatniej stacji w Aranyaprathet. Skąd ostatnie 10km do granicy pokonaliśmy tuk-tukiem. Na dworcu poznaliśmy przemiłą parę, która również podróżowała z plecakami i po krótkiej rozmowie pojechaliśmy jednym tuk-tukiem. Podczas jazdy, Michał jak to on lubi porozmawiać z nowo poznanymi ludźmi. Pierwsze pytanie jakie zadajemy to oczywiście skąd ten ktoś pochodzi. Okazało się, że chłopak jest Szwedem i pochodzi z Göteborga. Michał oczywiście zawsze nawiązuje do piłki nożnej wiec, zapytał o drużynę IFK Göteborg. Szwed był trochę zdziwiony, że ktoś zna jego miejscową drużynę, ale było widać, że dzięki temu pierwsze lody zostały przełamane. Następnie rozmowa przeniosła się na towarzyszkę Szweda, jak się okazało dziewczyna była z Brazylii, a dokładnie z Porto Alegre. Mój małżonek znów nawiązując do piłki nożnej, zapytał czy zna drużynę Gremio. Dziewczyna odpowiedziała, że to jej ukochana drużyna i jest w szoku, że ktoś z innego kontynentu ją zna! Dodatkowo pochwaliła się, że kilka razy śpiewała hymn przed meczami Gremio. Podróż do granicy minęła bardzo szybko, a rozmowa z naszymi współpasażerami, była niezwykle przyjemna. Jak by to powiedzieć piłka nożna łączy ludzi na całym świecie :).

Przejście graniczne

Gdy wysiądziecie już z tuk-tuka, pieszo przekraczacie granicę, najpierw wychodzicie z Tajlandii, następnie przechodzicie około 300 m przez ziemię niczyją, na której znajdują się kasyna i domy publiczne. Spotkacie tam wielu Kambodżan, którzy będą próbować Was oszukać i naciągnąć na dodatkowe opłaty (na obowiązkowe badania, pomiar temperatury, karteczkę do wypełnienia z czymś bardzo istotnym itp.). Nic z tych rzeczy nie jest obowiązkowe, idźcie po prostu przed siebie, jak przekroczycie granicę (imitacja murów Angkor Wat) wchodzicie do pierwszego budynku po prawej stronie, gdzie wkleją Wam wizę. Koszt wizy to 30$ od osoby (straż graniczna próbuje również zarobić dodatkowe pieniądze pokazując kartkę z kosztem wizy 30$ plus 100 THB dodatkowych opłat, tj. łapówką dla strażnika), musicie mieć ze sobą zdjęcia, które będą potrzebne przy dokumentach wizowych.

Gdy weszliśmy do budynku akurat nikogo prócz groźnie wyglądających strażników nie było. Jeden z nich wskazał nam odręczny napis na kartce mówiący o dodatkowej opłacie 100 THB za przekroczenie granicy. Gdy zapytaliśmy go co to, powiedział, że dodatkowa obowiązkowa opłata. Jednak z góry ustaliśmy między sobą, że nie zapłacimy im żadnej łapówki. Zaczęło się robić trochę nerwowo, ponieważ powiedzieliśmy, że zapłacimy tylko za wizę. Powiedział, że mamy usiąść i czekać, rozmawialiśmy między sobą cały czas tylko po polsku, do niego również zaczęliśmy mówić tylko po polsku. Po około 10 minutach, zapytał nas czy mamy zdjęcia do wizy (mieliśmy), kazał wypełnić druczki, zabrał paszporty wraz ze zdjęciami i wypełnionymi drukami i wrócił po chwili z wizami wklejonymi w paszporty. Przyznam, że moment, gdy zabrał nasze paszporty i zniknął na zapleczu napawał mnie największym strachem. Bo co, jeśli nie wróci? Zostaniemy po środku niczego, na granicy „dzikiego kraju” w dodatku bez paszportów? Jednak nic takiego się nie stało, ale te kilka minut sprawiło, że pot po tyłku mi spływał, jak nigdy wcześniej :P. Następnie ruszyliśmy do następnego budynku, gdzie musieliśmy wypełnić kolejne druki, zrobiono nam zdjęcie, przybito pieczątkę i wpuszczono oficjalnie do Królestwa Kambodży.

Po drugiej stronie

I tak znaleźliśmy się po drugiej stronie. Nie ma ulic, jest szalony ruch skuterów i samochodów, pełno kurzu, sporo żebrzących ludzi i kilku panów z identyfikatorami, którzy są po to, aby rzekomo pomagać turystom. Chcieliśmy iść pieszo na dworzec autobusowy. Poinformowano nas jednak, że nie ma już tego dworca 1,5 km od granicy, teraz jest nowy i znajduje około 5 km od granicy. Myślę jednak, że daliśmy się oszukać. Oboje byliśmy zmęczeni upałem, pobudką przed 5 rano, jazdą pociągiem i odmawianiem natrętnym Kambodżanom na granicy. Po konsultacji z innymi czekającymi (trzema mężczyznami z Indii i jedną kobietą ze Stanów Zjednoczonych) postanowiliśmy wspólnie wsiąść do darmowego busa, który miał nas zawieźć na dworzec. Wsiadł z nami również jeden z mężczyzn z identyfikatorem, który cały czas wszystkich zagadywał i był przemiły. Po dłuższej chwili okazało się, że mamy wysiąść i przesiąść się do kolejnego bezpłatnego autobusu, ponieważ ten bus dalej nie jedzie. Nie chcieliśmy się na to zgodzić, powiedzieliśmy, że dalej pójdziemy pieszo, że umowa była inna. Mężczyzna z identyfikatorem, twierdził, że nie możemy, że to dla naszego bezpieczeństwa i momentalnie przestał być taki miły. My jednak byliśmy stanowczy i odmawialiśmy przesiadki. Ostatecznie dojechaliśmy na dworzec za darmo tym drugim autobusem, jednak według mnie to nie był dworzec tylko kolejne oszustwo, pusty budynek po środku niczego. Bus, który miał nas zawieźć do Siem Reap kosztował 12$ (czytałam wcześniej, że koszt dojazdu z granicy do miasta to około 10-12 $), więc cena była dla nas do zaakceptowania. Podróż trwała około 3h. Po drodze zatrzymaliśmy się w sklepie na „sprzątnie”. Co oznaczało, żebyśmy wysiedli i zrobili zakupy w sklepie, przy którym stanęliśmy. Michał wysiadł z pozostałymi pasażerami, kupił wodę i przekąski, a ja pilnowałam naszych bagaży. Gdy dojechaliśmy do miasta, bus zatrzymał się na jego obrzeżach. Było to po to, abyśmy w dalszej kolejności musieli skorzystać z tuk-tuk. Po negocjacjach z tuk-tukowcem wsiedliśmy do jego wehikułu i wreszcie dotarliśmy do hostelu.


Co warto zobaczyć/odwiedzić:

  • Angkor Wat (koszt biletu to 37$ od osoby, na bilecie będzie wasze zdjęcie)
  • Pub Street
  • Restaurację Haven

Pub Street

Angkor Wat

  

Poprzedniego dnia targując się o cenę umówiliśmy się, że kierowca tuk-tuka zawiezie nas do Angkor Wat, gdzie kupimy bilety. Następnego dnia przyjedzie i zawiezie nas na wschód słońca oraz cały dzień będzie z nami jeździł po kompleksie Angkor Wat. Cena jaką ustaliliśmy to 12$, 3$ płatne poprzedniego dnia i 9$ po zwiedzaniu. Następnego ranka okazało się, że wcale nie jest tak pięknie. Plusem było to, że kierowca przyjechał pod hostel punktualnie. Przysłano jednak młodego chłopaka (pracownika, mężczyzny, z którym się umawialiśmy), który ni w ząb nie mówił po angielsku. Musieliśmy za pomocą mapy i na migi tłumaczyć mu, gdzie chcemy pojechać, co było trochę męczące. W trakcie zwiedzania, kierowcy będą na Was czekać na wyznaczonych parkingach. Wschodu słońca ze względu na mżawkę niestety nie udało się nam zobaczyć. Byliśmy rozczarowani, jednak na pogodę nie mamy wypływu. Samo Angkor Wat zrobiło na nas spore wrażenie! Są to ogromne budowle, wzniesione ponad 1000 lat temu (!), bez dźwigu, koparki, betoniarki, tylko i wyłącznie za pomocą ludzkich rąk. Angkor Wat zdobią przepiękne rzeźby, wiele z nich jest symetrycznych (czyli coś co lubię najbardziej, dużo symetrii). Zwiedzenie części kompleksu tzw. małej pętli zajęło nam około 5 godzin. W trakcie zwiedzania będą zapewne zaczepiać Was małe dzieci, które próbują sprzedać bransoletki, widokówki i inne drobiazgi. Z własnych przekonań nic nie kupiliśmy, ponieważ nie popieramy tego, dzieci powinny być w szkole i się uczyć. Jednak póki turyści wspierają ten biznes, to dorośli będą je wysyłać, żeby sprzedawały lub też żebrały na terenie całego kompleksu.

 

Szkoła

Po zwiedzaniu poprosiliśmy kierowcę, aby zawiózł nas do miejscowej szkoły.  Przywieźliśmy ze sobą sporo gadżetów, które rozdaliśmy w jednej z klas, a resztę zostawiliśmy nauczycielce (długopisy, smycze, widokówki). Nasze upominki bardzo ucieszyły dzieciaki. Klasa wyglądała skromnie, a wszyscy uczniowie mieli na sobie mundurki. Zdjęcie po prawej przedstawia budynek szkoły oraz dziedziniec.

Na koniec naszej wycieczki, gdy mieliśmy zapłacić okazało się, że zamiast 9$ mamy dopłacić 20$, próbowaliśmy tłumaczyć, że umowa była inna, chłopak jednak słabo mówił po angielsku. Zadzwonił do swojego szefa, z którym przez telefon wykłócałam się jakie były nasze ustalenia. On jednak w ogóle mnie nie słuchał tylko straszył policją, jeśli nie zapłacimy. Po porozumieniu się z Michałem, ustaliśmy zgodnie, że nie ma co ryzykować dla kilkunastu $ starcia z policją, która podobno nie jest zbyt przychylna turystom. Wiedzieli również, w jakim hostelu się zatrzymaliśmy. Nie była to ogromna kwota, jednak nie zmienia to faktu, iż zwyczajnie czuliśmy się po raz kolejny oszukani.

Pub Street

  

Wieczorami chodziliśmy na Pub Street, czyli na najbardziej turystyczną ulicę w Siem Reap – głośną, tłoczną i pełną neonów. Znajduje się przy niej wiele pubów, restauracji, kawiarni, a nawet francuskie piekarnie. Jedliśmy tam pyszne meksykańskie oraz indyjskie jedzenie, a także całkiem niezłe burgery z frytkami (koszt porządnej kolacji dla dwóch osób, to około 9-13 $). Piliśmy tam również pyszne soki ze świeżych owoców, a nawet zjedliśmy najlepsze tajskie lody (od jakiegoś czasu znajdziecie je również w Polsce). Po intensywnym zwiedzaniu skorzystaliśmy jeszcze z 30 minutowego masażu stóp za 1$. Spełniliśmy też kulinarne marzenie i spróbowaliśmy węża, który naszym zdaniem smakuje jak gumowy kurczak :P.

 

 

HAVEN

Co możemy jeszcze szczególnie polecić to wizytę w restauracji Haven. Jest to miejsce założone przez trójkę Szwajcarów, gdzie znajdziemy przepyszne jedzenie. W restauracji pracują młodzi Kambodżanie wywodzący się z sierocińców, schronisk, ubogich środowisk, którzy przechodzą w niej szkolenie na kucharzy, pomocników kucharzy i kelnerów w trakcie, którego mają zapewnione miejsce do spania, jedzenie i ubezpieczenie zdrowotne. Po kursie dodatkowo otrzymują pomoc w znalezieniu stałej pracy, co niejednemu z nich pozwoliło wyrwać się z cyklu ubóstwa. Dochód z posiłków, które tam zjecie jest przeznaczany na kolejne szkolenia i rozwój tego miejsca. Jedzenie jest tam przepyszne, pięknie podane i dodatkowo, możecie podejrzeć jak pracuje kuchnia, ponieważ jest ona otwarta :). Można śledzić ich działalność na Facebooku i ich stronie internetowej.

Spędziliśmy w Siem Reap 3 noce, jednak naszym zdaniem dwie by w zupełności wystarczyły. Ludzie byli bardzo nachalni, ciągle nas zaczepiali i próbowali oszukać przy każdej okazji, na dłuższą metę było to bardzo męczące. Zdajemy sobie sprawę, że wynikało to przede wszystkim z tego, że odwiedziliśmy pewnie jedno z najbardziej turystycznych miejsc w Kambodży. A Wy macie jakieś doświadczenia z Kambodżą?

 

 


Informacje praktyczne:

  • walutą obowiązującą w Kambodży jest rial kambodżański, można jednak bez problemu płacić również w USD
  • w większości miejsc porozumiecie się po angielsku
  • jedyna opłata jaką musie ponieść na granicy w Poipet to opłata za wizy (30 USD od osoby), wszystkie inne „obowiązkowe” opłaty to zwykłe oszustwo, ponadto musicie mieć ze sobą zdjęcia
  • warto wybrać się na nocny market, żeby kupić pamiątki i zjeść coś dobrego w jego pobliżu na straganach
  • pamiątkowe topy przy dobrych negocjacjach kupicie już za 3 USD za 2 sztuki
  • lotnisko w Siem Reap jest nowoczesne, znajduje się w pobliżu miasta, bez problemu dostaniecie się tam tuk-tukiem w ciągu 20-30 minut za kwotę około 5 $

Droga na lotnisko


Co przywieźliśmy:

  • magnesy
  • topy ze słoniami i napisem „Cambodia”
  • topy z napisem „Sieam Reap”
  • Michał luźne długie spodnie, przydatne w trakcie zwiedzania świątyń
  • t-shirty z Angkor Wat – pamiątki dla rodziny
  • słonika na szczęście – pamiątka dla rodziny
  • bransoletki ze słonikami – pamiątki dla rodziny
  • szaliki w słonie – pamiątki dla rodziny
  • 2 koszulki z Chelsea F.C.

 

Z lotniska w Siem Reap mieliśmy lot na wyspę Phuket w Tajlandii. Przed nami rajska część naszych azjatyckich wakacji. W następnym poście dowiecie się, dlaczego Michał zabrał na plażę skarpetki w „nerce” i przez pół dnia pilnował ich jak oka w głowie ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *